Święty Stanisław Kostka – człowiek wielkich pragnień

(konferencja dla młodzieży w kościele pw. Św. Jacka w Opolu)

Bardzo się cieszę, że mogę tutaj być z wami. Dziękuję ks. Jackowi za zaproszenie. Wczoraj w kalendarzu liturgicznym obchodziliśmy święto patrona młodzieży oraz jednego z głównych patronów Polski św. Stanisława Kostki. Najpierw kilka osobistych refleksji. Dla mnie jako Jezuity postać tego świętego ma szczególne znaczenie. Będąc patronem młodzieży Stanisław jest także patronem nowicjuszów Towarzystwa Jezusowego. Jako Jezuita będąc jeszcze w nowicjacie wraz z moimi współbraćmi prosiłem o potrzebne łaski przez wstawiennictwo tego świętego. Nie tak dawno dowiedziałem się także, że w mojej rodzinie na długo przed moim narodzeniem święty ten był czczony przez mojego dziadka Stanisława, który obrał go sobie za swojego patrona i orędownika. Często powtarzał on mojej mamie wskazując na wiszący na ścianie obraz: „córciu, tj. św. Stanisław mój patron. Ja się często do niego modlę”. Ten obraz, który liczy blisko 100 lat wisi dzisiaj w moim pokoju w domu rodzinnym. Zawsze ilekroć na niego spoglądam ze wzruszeniem wspominam słowa dziadka i Bogu przez wstawiennictwo św. Stanisława dziękuję za dar powołania kapłańskiego i zakonnego. Właściwie jestem przekonany, że dzięki św. Stanisławowi obecnemu w życiu moich przodków, Bóg powołał mnie do Towarzystwa Jezusowego.

Są takie słowa w księdze Wyjścia w rozdz. 20, gdzie Bóg mówi do Mojżesza: „Okazuję zaś łaskę aż do tysiącznego pokolenia tym, którzy Mnie miłują i przestrzegają moich przykazań”. Jeśli jest ktoś bądź był ktoś w waszej rodzinie, kto szczerze kochał i szukał Boga to błogosławieństwo Boga spływa także na was. Jeśli dzisiaj każdy z was w swoim sercu powie Bogu „Panie Boże kocham cię i chcę z Tobą iść przez życie by ze względu na ciebie dobrze żyć” to wtedy błogosławieństwo Boga poprzez was spłynie na pokolenie które po nas przyjdzie. Taka jest obietnica Boga. Bóg poprzez nas błogosławi tym, którzy po nas przyjdą. Także dobroć i łaski jakich doświadczamy obecnie w naszym życiu są często owocem modlitwy i cierpienia tych, którzy byli przed nami. Z punktu widzenia Biblii ma to głęboki sens. Św. Tomasz z Akwinu powiedział kiedyś, iż dobro jest rozlewne ale niestety także zło jest rozlewne. Od nas zależy czy przyczynimy się do wzrostu i rozprzestrzenienia dobra czy zła. Jeśli wybieramy dobro, to tym samym konsekwencje naszego wyboru zaowocują błogosławieństwem Boga dla przyszłych pokoleń. Jeśli zło, to naznaczy ono tych, którzy po nas przyjdą.

Widziałem kiedyś w telewizji ciekawy filmik, którego zadaniem było uwrażliwić ludzi na punkcie ochrony środowiska. Dużo się ostatnio mówi na temat tzw. globalnego ocieplenia, które niszczy atmosferę sprawiając, że coraz więcej promieni ultrafioletowych dociera do ziemi niszcząc na niej życie i powodując liczne anomalie klimatyczne. W filmie tym mamy ukazanego mężczyznę, który stoi na torach kolejowych podczas gdy za nim słychać szum nadjeżdżającego pociągu. Dalej słychać słowa „mówią, że globalne ocieplenie zniszczy życie na ziemi za 50 lat ale to nie mój problem bo mnie już wtedy nie będzie”. Po tym mężczyzna schodzi z torów a za nim ukazana jest mała dziewczynka. Puenta filmu jest następująca „ciebie nie będzie ale konsekwencje twoich wyborów poniosą inni”. Także w życiu duchowym, zarówno miłość jak i nienawiść ma swoje konsekwencje. 

To tyle jeśli chodzi o kontekst mojej osobistej historii powołania, która narodziła się dzięki modlitwie i wierze moich dziadków.

Przejdźmy teraz do samego świętego Stanisława. Obecną konferencję zatytułowałem „Święty Stanisław Kostka – człowiek wielkich pragnień”. Jego maksymą były słowa „ad majorem natus suum” – „do większych rzeczy zostałem stworzony”. Te słowa płynęły z wiary w miłość Boga, która stwarza człowieka nie po to by był byle jaki ale po to by był wielki.

Jest w życiu duchowym taka ciekawa zależność, że im bliżej człowiek znajduje się Boga tym bardziej staje się on człowiekiem wielkich pragnień. Bliskość Boga powoduje, że człowiek odzyskuje wewnętrzny porządek, staje się on człowiekiem wewnętrznie zintegrowanym i uporządkowanym i dopiero w tym wewnętrznym uporządkowaniu może on zauważyć ku czemu Bóg go wzywa. Człowiek nie żyjący w przyjaźni z Bogiem jest wewnętrznie rozbity i chaotyczny i w takim stanie ducha nie jest w stanie zauważyć i rozeznać Bożych dróg i sposobów działania. Znajduje się on jakby we mgle i nie widzi drogi, dlatego idzie na oślep, nie wiedząc dokąd i po co. Człowiek zintegrowany wznosi się wysoko, ponad mgłę i dlatego widzi dalej i jaśniej. Dobrą analogią jest tutaj widok z samolotu. Jeśli ktoś z was leciał samolotem to wie, że w pewnym momencie kiedy samolot wchodzi w chmury niczego nie widać; dopiero po chwili widać piękny błękit i jasność słońca. Dlatego celem życia duchowego jest wewnętrzna integracja po to by jaśniej i lepiej widzieć Boga. Po to są rekolekcje, dni skupienia i modlitwy osobiste. Samo słowo rekolekcje re-collere oznacza „zbierać na nowo, integrować”. Jeśli chcemy być ludźmi wewnętrznie uporządkowanymi i zintegrowanymi trzeba nam spędzać czas na modlitwie. Taki czas nigdy nie jest czasem straconym.

Stanisław ponieważ był człowiekiem modlitwy, był on człowiekiem uporządkowanym wewnętrznie, widzącym wiele i pragnącym wiele. Urodził się w Rostkowie, na Mazowszu, w rodzinie bardzo zamożnej. Gdy miał 14 lat rodzice wysłali go do Wiednia by tam pobierał nauki w kolegium Jezuickim. Na początku  mieszkał on ze swoim bratem Pawłem w internacie. Tutaj zawsze pamiętał o modlitwie ,tak że zarówno jego brat jak i koledzy często widywali go modlącego się na kolanach. Z tego powodu często doświadczał z ich strony przykrości i drwin. Próbowali go wyciągać na imprezy i czynili wszystko aby uczynić z niego „normalnego człowieka”. Środowisko w którym żyjemy potrafi ściągnąć w dół. Zawsze ilekroć robimy coś więcej niż inni musimy liczyć się z odrzuceniem i reakcją ze strony rówieśników. Amerykanie używają tutaj terminu „peer pressure” nacisk grupy, presja rówieśników. Ta presja potrafi być tak silna, że wręcz paraliżuje człowieka. Boimy się odrzucenia i dlatego często idziemy na różnego rodzaju kompromisy moralne robiąc wszystko by inni nas zaakceptowali. W ten sposób naszą wartość uzależniamy od tego jak inni nas postrzegają. Modlitwa i relacja z Bogiem pozwala nam dostrzec naszą prawdziwą wartość, która jest w nas bez względu na to czy jesteśmy akceptowani przez innych czy nie. Bóg kocha nas ze względu na to kim jesteśmy a nie ze względu na to, co robimy. To społeczeństwo wartościuje nas ze względu na sprawowaną w nim funkcję. I tak lekarz jest bardziej szanowany niż hydraulik, prawnik bardziej niż budowlaniec. Bóg nie wartościuje nas w ten sposób. Dla Niego nie jesteśmy ważni i ważniejsi ale najważniejsi. Trzeba nam odkrywać naszą wartość na modlitwie by nie poddawać się presji otoczenia i nie dać się ściągnąć w przeciętność i bylejakość. Stanisław odkrywał swoją wartość na modlitwie. Jego tęsknota za Bogiem rosła coraz bardziej, jego pragnienie Boga stawało się coraz intensywniejsze.

Po zamknięciu internatu został zmuszony był zamieszkać w domu pewnego luteranina, który nie pozwalał na modlitwę oraz nie tolerował jakiekolwiek rozmowy o religii i Bogu. Był to trudny czas dla Stanisława. W tym czasie ciężko zachorował, tak że przez wiele dni pozostawał w domu bez komunii św. bo luteranin nie pozwalał na przyjście kapłana. W tym czasie jednak Stanisław doświadczył niezwykłej łaski. Miał on wizję mistyczną w której św. Barbara udzieliła mu komunii św. w sposób duchowy; Maryja zaś ukazała mu się z dzieciątkiem Jezus na rękach i w sposób cudowny uzdrowiła go z choroby. W momencie największego cierpienia i osamotnienia Stanisław doświadczył najmocniej obecności Boga. Na tym polega paradoks w życiu duchowym, że im bardziej wydaje nam się, że jesteśmy opuszczeni i samotni, tym bardziej Bóg zbliża się do nas aby dać nam siebie. W doświadczeniu krzyża można najmocniej doświadczyć miłosierdzia Boga. Problem polega na tym, że uciekamy od krzyża i nie chcemy zmierzyć się z trudnymi doświadczeniami jakie niesie życie. Prosty przykład, kiedy czujemy się samotni i trochę nie w sosie unikamy ciszy; włączamy radio, telewizor, uciekamy w jedzenie i picie, robimy tysiące różnych rzeczy byleby tylko nie trwać w ciszy. Próbujemy za wszelką cenę zagłuszyć naszą samotność. W ten sposób zagłuszamy także głos Boga, który przemawia w ciszy. Bóg nie krzyczy, Bóg przemawia w ciszy i aby go usłyszeć trzeba słuchać. Innymi słowy trzeba wytrzymać krzyż by dobrze przeżyć trudne doświadczenia. To są momenty łaski, których nie wolno nam zmarnować jeśli nie chcemy dryfować na powierzchni życia. Wiele ludzi dryfuje na powierzchni życia nigdy nie poznając jego prawdziwego smaku. By poznać smak życia trzeba wypłynąć na głębie. „Duc in altum”, „wypłyń na głębię” mówi Pan do Piotra. „Zarzuć sieci”. Przy brzegu niczego nie złowisz, najwyżej starego buta i kilka plastikowych butelek. To wypłynięcie na głębie wiąże się jednak z trudem. Trzeba zakasać rękawy i mocniej wiosłować. Czasem wiatr może być przeciwny i spychać nas powrotem do brzegu. Jeśli się zniechęcimy to przegramy; jeśli jednak z wiarą będziemy wiosłować to znajdziemy się na głębi szybciej niż myślimy bo zawiedzie nas tam moc Ducha, który w nas mieszka.

Czasami Bóg nas próbuje, na ile naprawdę zależy nam na tym by wzrastać wewnętrznie i stawać się prawdziwie człowiekiem wiary. Tylko wiara, która poddawana jest próbom staje się mocna. Zawsze powtarzam moim studentom, wymagajcie od siebie, bądźcie wierni Ewangelii a wtedy wygracie. Także w dziedzinie czystości przedmałżeńskiej nie idźcie na kompromisy. Wspólna ofiara i decyzja z waszej strony „chcemy być wierni przykazaniom, chcemy zachować czystość aż do momentu sakramentalnego „tak”,  naprawdę umocni was na próby jakie przyniesie życie. Człowiek, który niczego od siebie nie wymaga i idzie za każdą zachcianką nie ostoi się w obliczu prób życiowych. Będzie dryfował jak okręt po wzburzonych falach namiętności i krótkotrwałych uniesień. „W Chrystusie zapuście korzenie” mówi św. Paweł i na nim się budujcie. Korzeń jest symbolem stałości. Budując na Chrystusie, na systemie wartości, który On przynosi, budujemy na skale. Tylko dom zbudowany na skale nie runie ale będzie trwał, nawet jeśli uderzą w niego nawałnice i pioruny. Ale zbudować dom na skale jest trudno, bo trzeba wkopać się w skałę. Łatwiej jest kopać w piasku; to nawet dzieci potrafią. Tu się człowiek nie męczy ale także to co zbuduje nie ma w sobie żadnej trwałości. Po pierwszym podmuchu wiatru nie pozostaje kamień na kamieniu po tym co zbudował.

Czy chcesz budować na skale czy na piasku? Decyzja należy do ciebie. Nikt jej za ciebie nie podejmie. Budowa na skale oznacza trud, pot, współpracę z Bogiem, wierność wbrew wszystkiemu. Budowa na piasku nie oznacza niczego, cechuje ją bylejakość, przeciętność i krótkotrwałość.

Stanisław budował na skale. Po tym niezwykle intensywnym doświadczeniu duchowym, które przeżył w cierpieniu i samotności, decyduje się na to by w sposób całkowity oddać swe życie na służbę Bogu. Jest przekonany, że Bóg wzywa go by służył mu w stanie życia zakonnego. Chce wstąpić do zakonu Jezuitów. Ojciec Stanisława jednak zdecydowanie się temu sprzeciwia. Ma inne plany wobec swojego syna. Chce aby robił karierę polityczną, by rozsławił ród Kostków, aby był kimś znaczącym w oczach ludzi. Zobaczmy, kolejny sprzeciw i to ze strony tych od których Stanisław mógłby oczekiwać najwięcej zrozumienia i wsparcia - ze strony osób najbliższych. „I będą nieprzyjaciółmi człowieka jego domownicy” mówi Pan w Ewangelii. Realizując swoje najgłębsze pragnienia możemy być pewni, że zawsze natrafimy na opór. Jeśli są to dobre pragnienia, Boże pragnienia zawsze spotkają się z kontestacją i sprzeciwem. Dlaczego tak się dzieje? Dlatego, mówi św. Paweł, gdyż nie prowadzimy walki przeciwko ciału i krwi ale przeciwko mocom zła na wyżynach niebieskich. Nieprzyjaciel natury ludzkiej, jak mówi o nim św. Ignacy z Loyoli, szatan, ten który dniem i nocą oskarża nas przed Bogiem, czyni wszystko aby odwrócić człowieka od Boga, by wydrzeć mu dobre i wielkie pragnienia, zepchnąć go w bylejakość i przeciętność. Jest to próba wiary dla nas, w której nasze pragnienia ulegają oczyszczeniu i weryfikacji. One muszą ulec oczyszczeniu, gdyż często zabarwione są egoizmem i szukaniem siebie bardziej niż Boga i Jego chwały. Bóg dopuszcza tę próbę by jeszcze bardziej nas umocnić i przekonać o tym, że warto do końca walczyć o to co dobre i Boże.

Stanisław wychodzi z tej próby jeszcze bardziej umocniony i przekonany o tym, że pragnienia, które w sobie nosi są z Boga i że trzeba do końca je realizować. Potajemnie zatem ucieka z Wiednia i udaje się do Dylingii w Bawarii by tam prosić o przyjęcie do Towarzystwa Jezusowego. Przemierza pieszo prawi 700 km. Kiedy przybywa na miejsce okazuje się, że nie może być przyjęty gdyż nie ma na to zgody rodziców. Przez jakiś czas pracuje w kuchni. Ci, którzy z nim przebywają są zdumieni jego dojrzałością emocjonalną, zbudowani jego pokorą i świętością. Ostatecznie przełożony wspólnoty Jezuitów w Dylindze Piotr Knizjusz (późniejszy wielki święty Kościoła) decyduje się by wysłać Stanisława do Rzymu. Tam zostaje przyjęty do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego przez Franciszka Borgiasza mając niespełna 17 lat. Wreszcie to czego tak bardzo pragnął stało się rzeczywistością. Stał się towarzyszem Jezusa. Marzył o Indiach by tam głosić Ewangelię. Jako nowicjusz dawał przykład osoby nad wiek dojrzałej, budował swoich współbraci postawą wiary i miłości do Boga. Miał on szczególną więź z Maryją. Prosił Boga o to aby kiedyś mógł być wezwany z tego świata w Jej święto. Po niespełna 2 latach pobytu w zakonie Stanisław zachorował na malarię. Choroba postępowała tak szybko że wkrótce okazało się że sytuacja jest niezwykle poważna. Ostatecznie choroba ta doprowadziła do śmierci. W momencie śmierci podano mu różaniec. Jego twarz zajaśniała i szeptem powiedział „widzę NMP z orszakiem świętych, którzy idą po mnie”. Stanisław umarł 14 sierpnia 1588 roku mając zaledwie 18 lat. Odszedł w wigilię  Wniebowzięcia NMP, w święto Maryjne, tak jak o to prosił.

Wieść o jego świętości rozeszła się w piorunującym tempie. Na jego pogrzeb przybył cały Rzym. Jego brat Paweł, który przybył w tym czasie do Rzymu aby siłą sprowadzić Stanisława do domu, dowiedział się o Jego śmierci a widząc tłum zgromadzony na pogrzebie i miłość wiernych do Stanisława nawrócił się. Później będzie świadkiem i głosicielem świętości Stanisława. W 2 lata po śmierci, kiedy otworzono trumnę by oficjalnie rozpocząć proces beatyfikacyjny i przenieść ciało do Kościoła św. Andrzeja na Kwirynale, okazało się, że było ono zupełnie nietknięte przez proces rozkładu. Stanisław wyglądał tak jakby odszedł przed chwilą. To był znak Boga potwierdzający świętość Stanisława.

W 200 lat po śmierci relikwie św. Stanisława sprowadzono do Polski. U jego grobu modlili się królowie Polski i jemu przypisywali swoje wielkie zwycięstwa nad Turkami. Min. Jan II Kazimierz przypisywał swoje słynne zwycięstwo nad Turkami pod Beresteczkiem wstawiennictwu św. Stanisława Kostki. Szybko, bo już w 1671 r. został ogłoszony patronem Polski.

Jest on także patronem młodzieży, a patron to jest ktoś taki, kto przed Bogiem pamięta o tych, którzy szczególne są mu powierzeni. Nie pozwólcie na to aby wasz patron był bezrobotny. Proście przez Jego wstawiennictwo o łaski. Przede wszystkim proście o wielkie pragnienia, byście nigdy nie zadawalali się miernotą i bylejakością ale jak Stanisław byście wiedzieli, że do wielkich rzeczy powołuje was Bóg. 

Jesteś tutaj: Strona główna Teksty Kazania Święty Stanisław Kostka – człowiek wielkich pragnień

Aktualności

Nadchodzące wydarzenia

Brak wydarzeń